Koszmar oddziału siódmego - wspomnienia pacjentki

2011-11-28 18:39
Po przekroczeniu progu oddziału numer siedem przestajesz być człowiekiem, stajesz się jedynie przypadkiem. Nie masz tu żadnych praw i nie możesz się o nie dopominać, choć karta praw pacjenta wisi na holu w gablocie. Można ją jedynie czytać tak jak czyta się nic nie znaczący afisz.

Od lat choruję na depresję, wiele już przeszłam w życiu i z tą chorobą, choć jestem jeszcze młoda. Moja depresja jest dość lekooporna, doprowadziła mnie do czterech prób samobójczych i przewróciła moje życie do góry nogami. W pierwszym okresie choroby nie było jeszcze tak źle, bo miałam długie remisje choroby kiedy mogłam normalnie żyć i nie musiałam brać leków. W końcu jednak przyszedł taki rzut, który na długo wyciął mnie z normalności. Szukając pomocy odwiedziłam wielu specjalistów szukając tego, który mnie zrozumie i mi pomoże. Wiele leków na mnie nie działało a te które coś dawały wywoływały uciążliwe skutki uboczne. Jedni lekarze próbowali mnie leczyć, inni wypisywali duże ilości benzodiazepin żeby ujarzmić mój lęk i bezsenność, a jeszcze inni z politowaniem tylko kiwali głowami. Czasem na krótko udawało się złagodzić dolegliwości , jednak wracały one, często ze zdwojoną siłą. Kilku lekarzy proponowało mi szpital lecz ja się opierałam. Nadszedł jednak czas, gdy było ze mną bardzo źle. Nie wstawałam z łóżka, nie myłam się, nie ubierałam, bo nie miałam na to siły. Przez cały czas nie opuszczał mnie lęk, rozdzierający smutek i bezsenność, nie mogłam przestać płakać. Wiedziałam, że dłużej już nie wytrzymam. To był weekend nie wiedziałam jak sobie pomóc, co zrobić by się uwolnić od tego wszystkiego, by choć na chwilę poczuć ulgę. W końcu zadecydowałam jedziemy do szpitala. Spakowałam się i mąż mnie odwiózł.



Na miejscu przyjęto mnie od razu na oddział. Zabrano obrączkę, wypytano o różne rzeczy i odesłano na salę. Znalazłam się wśród ludzi bardziej lub mniej chorych. Jedni cierpieli na to samo co ja inni byli chorzy poważniej. Mnie jednak było wszystko jedno, chciałam tylko żeby ktoś mi pomógł. Dostałam jakieś leki, które mnie nieco wyciszyły nie mogłam jednak przestać płakać. Dotrwałam do poniedziałku i wizyty, wtedy przydzielono mi lekarza prowadzącego. Zabrał mnie na rozmowę, opowiedziałam mu wszystko, jednak niekoniecznie słuchał uważnie. Jak się później wyrwał wiele moich słów z kontekstu przekręcił i ubarwił i już następnego dnia wszyscy lekarze na wizycie się śmieli że miałam kilku lekarzy, że brałam takie a nie inne leki. Jak widać mój lekarz prowadzący nie słuchał kiedy mu mówiłam dlaczego zmieniałam lekarza, nadmienię tylko, że przez dziewięć lat leczyło mnie trzech różnych lekarzy. Co do leków to jak człowiek idzie do lekarza to zdaje się na niego ufa mu i przyjmuje leki, które mu wypisano. Mi szczególnie trudno było dobrać leki z powodów, które wymieniłam już powyżej. Mój prowadzący zapamiętał tylko , że brałam benzodiazepiny, a nie zwrócił uwagi, że brałam je tylko doraźnie i zwykle krótko.

Wyśmiewający lekarze to nie wszystko. Pielęgniarki wrzeszczały na pacjentów tylko dlatego, że ktoś ośmielił się zapytać jaka dziś zupa na obiad. Oddziałowa karmiła na siłę niektóre kobiety i to nie były kobiety, które miały zaburzenia odżywiania czy coś. Po prostu nie każdy ma kaczy żołądek i może zjeść całą porcję zupy mlecznej na śniadanie i zagryźć ją chlebem. Każdy zjada tyle ile może, ale nie na tym oddziale. Tutaj o tym czy jesteś jeszcze głodny czy nie decydowała oddziałowa. Wpychała na siłę jedzenie pacjentkom nie czekając aż karmiona zdąży przełknąć poprzednią łyżkę. Na co dzień widziałam wiele pacjentek przypinanych do łóżka pasami i nie dlatego, że stanowiły zagrożenie dla siebie czy innych, ale za karę. Karano za to, że zapytałaś jakie leki dostajesz, za to, że masz gorszy dzień i panikujesz albo za to, że czemuś się sprzeciwiłaś.

Na mnie lekarka się wydzierała za to, że nie zgodziłam się na badanie fizykalne, jednak nie zapytała dlaczego tak postąpiłam, a ja mam głęboki uraz spowodowany gwałtem, który mnie blokuje przed rozbieraniem się przed obcymi, nawet jeśli jest to lekarz. Kiedy powiedziałam, że mam prawo odmówić, zaśmiano mi się w twarz i powiedziano, że mam prawo do wyjścia ze szpitala jak mi coś nie pasuje. Inna lekarka szydziła ze mnie: Co wyjdziesz do domu, potniesz się i wrócisz? Podczas kiedy ja nie trafiłam do szpitala z powodu próby samobójczej. Jedna z kobiet u mnie na sali miała przykurcz palców u rąk i nie mogła rozprostować dłoni. Zrobiło jej się tak po serii zastrzyków. Co dzień krzyczano na nią aby siadała sobie na tych dłoniach to jej się palce wyprostują.



Gdy trafiasz na oddział siódmy nie masz żadnych praw, jesteś zdany na łaskę i niełaskę lekarzy i pielęgniarek. Lekarze oglądają się za łapówkami, a pielęgniarki ciągle wrzeszczą. Ja rozumiem, że praca na oddziale psychiatrycznym nie należy do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych, ale człowiek chory to wciąż człowiek, należy mu się szacunek i właściwe traktowanie. Nikt jednak z personelu tak do tego nie podchodzi. Wiele się mówi o ochronie zdrowia psychicznego ale ta ochrona nie istnieje, a przynajmniej nie istnieje na tym oddziale. Tutaj pacjent nie ma prawa do informacji, nie ma prawa do intymności, tutaj zostaje obdarty z godności. Na oddziale jest przeokrutnie zimno, wieje starymi, nieszczelnymi oknami, ciężko się przy tym umyć, ciężko spać i wytrzymać tak zimno jest. Tutaj pacjentów karmi się byle czym, bułką namoczoną w wodzie posypaną jajkiem, która uchodzi za pastę jajeczną, salcesonem, albo twardą jak podeszwa wątróbką. Tutaj pacjent informujący o problemie słyszy od lekarza : To pani sprawa nie moja. Czemu nikt się nie zainteresuje warunkami jakie panują na oddziałach psychiatrycznych, tym jak się tu traktuje pacjentów, ludzi chorych i potrzebujących pomocy? Czy człowiek chory psychicznie nie ma prawa do ludzkiego traktowania, współczucia i zrozumienia? Gdzie jest prawo tych ludzi do właściwej opieki lekarskiej i szpitalnej? Ja byłam na tym oddziale trzy tygodnie, potem mąż mnie stamtąd wyrwał. Ten krótki pobyt w tym piekle odcisnął na mnie piętno i do dziś mam koszmary związane z tym miejscem. Powiem jeszcze tylko, że nikt mi nie pomógł. Nafaszerowano mnie jedynie wysokimi dawkami amitryptyliny i haloperidolu, a lekarz prowadzący w karcie informacyjnej napisał, że nie mam depresji a jestem jedynie lekomanką. Na szczęście moja pani doktor poskładała mnie po tym do kupy, a diagnozę szpitalnego lekarza wyśmiała, bo ja naprawdę jestem chora na depresję.

 

Ze wspomnień pacjentki


Komentarze:

  • ADR
    2011-12-16 01:45
    Przeżyłem kilka takich pobytów... Oj, dużo bym mógł napsać... To nieprawdopodobnie przykre, że ludzie przywaleni depresją, smutkiem, chorobami, itp. są traktowani jak... Przegrani bez praw, bez szacunku. A do pomocy to już całkiem daleka droga. W dwóch słowach: upadek systemu.
  • aneta
    2012-01-05 19:42
    mam za sobą dwa pobyty. w tym jeden po probie samobojczej. to straszne że ludzie chorzy na depresje nie mają wielu możliwości żeby szukać ratunku. szczególnie ci którzy nie mają portfela pełnego kart kredytowych. Ja do tej pory nie wiem gdzie iść i co zrobić ze swoim życiem
(wymagany, nie publikowany)
ślub i wesele | photoshop tutoriale